sobota, 14 marca 2015

Rozdział czwarty

 Minuty mijały powoli,a godziny jeszcze wolniej. Nic się nie działo, nic nie było do roboty... totalne nudy. Rysowałam sobie karykatury w notesie, gdy nagle mnie oświeciło.

 -Mieliśmy jechać na strzelnicę! - powiedziałam do Jana z nieco zbyt dużym entuzjazmem -Wiesz, zobaczyć jak strzelasz...
-A tak tak, faktycznie. - Chłopak był lekko oszołomiony moim zachowaniem. Nie pierwszy raz z resztą. -Tylko kiedy ma...
Przerwałam mu w połowie zdania:
-Teraz.
-Ale jak teraz? Przecież musimy być w firmie i...
-Poczekaj chwilę. - powiedziałam, po czym wstałam z krzesła obrotowego i udałam się do biura mojego szefa Roberta.
   Robert rozmawiał przez telefon i dał mi znać ręką, abym poczekała. No więc poczekałam. Gdy odłożył urządzenie spojrzał na mnie pytająco.
-Jan i ja jedziemy na strzelnicę - oznajmiłam bez większych emocji. -muszę sprawdzić jak radzi sobie z bronią.
-Mhm. No to jedźcie. - powiedział, po czym sięgnął po jakieś dokumenty, a ja wyszłam bez słowa.
   Widać, że był nie w humorze. Normalnie bardziej bije od niego empatią, dzisiaj jednak... niekoniecznie. Z doświadczenia wiem, że w takiej sytuacji trzeba po prostu poczekać aż mu przejdzie.
   -Chodź. - machnęłam głową w kierunku drzwi i nie czekając na reakcję Jana szybkim krokiem ruszyłam w ich stronę. Nie oglądałam się, jednak wiedziałam, że chłopak po moich słowach zerwał się na równe nogi i pobiegł za mną.
-Jedziemy na strzelnicę? - zapytał, gdy wsiadaliśmy do windy.
-Mhm. Masz samochód? To kawał drogi, a ja przyjechałam na motorze.
-Jeździsz na motorze?
-Dziwi cię to? - zaśmiałam się.
-Nie.. no dobra, może trochę.
Winda się zatrzymała. Wysiedliśmy na parterze i skierowaliśmy się ku wyjściu.
   Na początku trasy milczałam, co jakiś czas dając Janowi wskazówki gdzie ma jechać. On sam był skupiony na drodze. Gapiłam się przez okno i podziwiałam panoramę Warszawy, gdy usłyszałam jego głos:
-Długo już pracujesz w firmie?
Skamieniałam. Nie spodziewałam się takich pytań. Nawet ich nie chciałam. Jedne pytania rodzą drugie, a ja nie mam zamiaru zapoznawać go z moją przeszłością.
-Dość długo. - usłyszałam w moim głosie małą, malutką nutkę wrogości. Proszę, nie zadawaj więcej pytań. Proszę.
-Jak się tu dostałaś? - spytał z autentycznym zainteresowaniem.
Westchnęłam. Cholera.
-Nie chcę o tym mówić. - powiedziałam wprost.
Nie wiem, czy wziął moje słowa do siebie, czy też zauważył moje zaciśnięte w pięści dłonie, ale kiwnął lekko głową i aż do strzelnicy o nic nie spytał.
   Przy wejściu powitał nas Mark - właściciel strzelnicy. Potężny, wytatuowany mężczyzna. No i w dodatku łysy.
-Witaj Monia - uśmiechnął się i rozstawił ręce na boki, sygnalizując, że chce mnie przytulić. Odwzajemniłam gest i podeszłam do niego.
-Cześć Maaark - przytuliłam się do niego.
Marka znam od dawna. Współpracuje z FBI już chyba od ponad piętnastu lat. To on nauczył mnie strzelać. I to całkiem nieźle. To jedna osoba z mojej bardzo nielicznej grupy przyjaciół.
-A kto to? - spojrzał na Jana delikatnie się ode mnie odsuwając.
-To jest Jan Dąbrowski, szkoli się. - odparłam.
-Witam - Mark wyciągnął rękę w geście powitania.
Chłopak podał mu dłoń i odparł -Dzień dobry.
-To od czego zaczynamy? - spytał Mark.
-Na początek chciałabym zobaczyć jak radzi sobie z pistoletem, a potem, w miarę jego umiejętności przejdziemy do czegoś mocniejszego.
-Dobrze, no to chodźcie za mną.
Mark poprowadził nas do sali, w której znajdowały się tarcze do strzelania. Weszliśmy do jednego z sektorów. Mark podał mi i Janowi słuchawki tłumiące odgłosy z zewnątrz. Zanim je ubrałam, wręczył Dąbrowskiemu pistolet. Chłopak niepewnie wziął go od niego i stanął naprzeciwko tarczy. Wyciągnął ręce przed siebie i już już miał strzelić, gdy go powstrzymałam gestem ręki. Podniósł jedną ze słuchawek i spojrzał na mnie pytająco.
-Rozstaw nogi - powiedziałam - W ten sposób będziesz stał stabilniej i nie odrzuci cię w tył siła wystrzału.
Kiwnął głową i posłusznie przybrał właściwą postawę. Skupiony na celu wystrzelił. Kula trafiła w sam środek tarczy.
-Całkiem nieźle - poklepałam go przyjacielsko po ramieniu.
-To prawda, rzadko trafia się nam taki dobry strzelec - dodał Mark.
-To teraz spróbuj trafić w głowę, tam gdzie jest pięćdziesiątka. - powiedziałam. Lepiej się upewnić, czy czasem chłopak nie leci na farcie.
Usłyszałam stłumiony przez słuchawki huk, co oznaczało, że Jan wystrzelił. Znowu trafił do celu.
Widząc moją minę pełną podziwu chłopak się uśmiechnął.
-Mark myślę, że powinien spróbować ze snajperki.
-W porządku, zaraz przyniosę - wziął od Jana pistolet i udał się do magazynu.
-Snajperki? - spytał nieco wystraszony chłopak.
-Spokojnie - uśmiechnęłam się - Tylko zobaczyć czy z innym rodzajem broni też ci dobrze idzie.
-Czyli, że jak spudłuję to nic się nie stanie?
-Nie - uśmiechnęłam się pobłażliwie - Tak w ogóle, to miałeś już kontakt z bronią?
-Nieszczególnie...
-Naprawdę? - zdziwiłam się - Bardzo dobrze strzelasz.
Jan otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale zamknął je, w chwili gdy wrócił Mark.
-Potrzebują mojej pomocy z karabinami - powiedział do mnie wręczając mi snajperkę - poradzisz sobie?
-Przecież to moja ulubiona broń - powiedziałam ze szczerym uśmiechem.
-He he przecież wiem, żartuję - odwzajemnił uśmiech, po czym wyszedł.
   Ustawiłam snajperkę na specjalnym podeście i skierowałam ku tarczy.
-Wiesz jak się tym posługiwać? - spytałam.
-Nie...
-W porządku. Więc na początku przybierasz odpowiednią pozycję - pochyliłam się i oparłam łokciami o podłoże. Palec wskazujący prawej ręki oparłam o spust, a lewą rękę położyłam luźno z boku - Potem ustalasz cel - spojrzałam przez celownik - I strzelasz - nacisnęłam spust. Kula trafiła dokładnie co do milimetra w prawe oko narysowane na tarczy-dokładnie tam, gdzie miała trafić. - Teraz ty - powiedziałam i odsunęłam się od mojej ukochanej broni.
Jan niepewnie podszedł do snajperki. Pochylił się i położył palec na spuście. Obserwowałam go w ciszy, jednocześnie myśląc, czy ja też się tak wypinałam? Chyba tak. O rany.
   Z rozmyśleń wyrwał mnie odgłos wystrzału. Jan trafił nieco na lewo od serca.
-Gdzie chciałeś trafić? - spytałam.
-W głowę....
-Nie szkodzi. Nie jest to łatwa broń. Poza tym, czy trafisz w głowę, czy w serce koleś i tak zginie, więc nie ma co się przejmować.
Jan uśmiechnął się tak bardzo... uroczo...
Monika... ogarnij ty się w końcu.
Nagle zadzwonił mój telefon. Był to Robert.
-Halo - powiedziałam do urządzenia.
-Wracajcie do firmy, to pilne.
-Już się robi szefie - rozłączyłam się i skierowałam w stronę Jana -Musimy się zbierać, jest robota.

1 komentarz:

Chętnie poznam Twoją opinię :)