piątek, 6 marca 2015

Rozdział pierwszy

  Dzień zapowiadał się jak każdy inny. Wstałam, ubrałam się i ruszyłam do pracy. Była godzina 6:30 w Warszawie, poniedziałek. Ze swojego własnego doświadczenia wiem, że w poniedziałek prawdopodobieństwo korków ulicznych jest o ponad 25% większe niż w inne dni. Postanowiłam, że dziś pojadę moim ulubionym czarnym Bob'em. Tak tak wiem, nadawanie imion ludzkich przedmiotom martwym jest nieco dziwne, ale jakże przydatne. Przykładowa sytuacja: dzwonię do przyjaciółki jak zawsze przed akcją i mówię jej, że wybieram się na dość niebezpieczną misję.
-Ale chyba nie idziesz tam sama, prawda? - pyta.
-Em... nie, spokojnie, będę z Bobem - odpowiadam.
I wyobraźcie sobie, że to ją uspokaja! Fakt faktem, nie ma pojęcia, że Bob to mój ukochany motocykl, no ale to chyba lepiej dla mnie.
   Mknąc z prędkością 100km/h pokonałam dystans dzielący mój dom od biura w siedem i pół minuty. Zaparkowałam Bob'a na podziemnym parkingu i ruszyłam w stronę budynku.
   Przy wejściu powitała mnie Clary, jedna z moich współpracowniczek, którą szczerze mówiąc uwielbiam. Jest zawsze pomocna i jest całkiem niezłą hakerką. Rok temu w moje urodziny, włamała się do komputerów w czasopiśmie ,,Styl'' i tuż przed wydrukiem dodała tam informację, że w dniu 28 kwietnia Monika Watson obchodzi swoje urodziny i wszyscy niech życzą jej sto lat!
Wyobraźcie sobie moją minę, gdy otworzyłam pierwszy lepszy magazyn, którym okazał się właśnie ,,Styl''. Oczywiście, Watson to nie moje prawdziwe nazwisko. Tylko ja i mój szef Robert wiemy, co widnieje w moim akcie urodzenia.
-Cześć Moniko. - powiedziała Clary z uśmiechem.
-Hej Clary - odpowiadam jej z równie wyszczerzoną buzią - dobrze dziś wyglądasz. Jak tam twój nadgarstek?
-Już lepiej, mogę nim poruszać, spójrz - machnęła kilka razy dłonią-a ten sukinkot w końcu za kratkami.
-Słyszałam, że nieźle go poturbowałaś. - uśmiechnęłam się.
-E tam, nic takiego, tylko trzy złamane żebra i uszkodzony zgryz.-odwzajemniła uśmiech.
-No cóż, zasłużył. Ja będę lecieć, mam masę raportów do napisania.-zaczęłam się powoli oddalać.
-Zapomniałabym, Robert chce cię widzieć.
-Co? Mnie? Eh, ok, dzięki za info. - uśmiechnęłam się krzywo i ruszyłam do biura mojego szefa.
   Zapukałam do drzwi i niemal od razu usłyszałm charakterystyczne ,,proszę''. Weszłam do środka. Wnętrze było spore, utrzymane w jasnych kolorach, co dodatkowo je optycznie powiększało. Na samym środku stało duże drewniane biurko, a przy nim siedział mój szef, Robert.
-Usiądź - powiedział wskazując dłonią krzesło na przeciwko siebie - mam dla ciebie wiadomość.
Posłusznie wykonałam jego polecenie i spojrzałam na niego z wyczekującą miną. Ten zaczął swym potężnym głosem:
-Moniko, jak pewnie wiesz, jesteś jedną z naszych najlepszych agentów.
-Oho - pomyślałam - zaczyna się.
Robert kontynuował:
-Jesteś niezawodna. Każda misja kończy się sukcesem. Jednak niepokojący jest fakt, jak traktujesz swoich współtowarzyszy. - Już miałam coś powiedzieć, ale powstrzymał mnie gestem dłoni - powiedz mi, dlaczego złamałaś rękę Green'owi? I to umyślnie, podczas akcji. - Ton głosu miał jak zawsze spokojny. Czasami przerażał mnie ten jego spokój.
-Nie potrafił posługiwać się bronią. Prawie postrzelił właściciela budynku. Nie słuchał mnie gdy kazałam mu schować broń. Dla zdrowia ludzi i jego własnego złamałam mu rękę. - starałam się mówić równie spokojnym głosem. Chyba nawet mi to wyszło.
-Złamałaś mu rękę dla jego własnego zdrowia? Ciekawe... - pogładził palcami brodę i wyglądał jakby nad czymś głęboko myślał - To trochę nieodpowiedzialne, nie sądzisz? Nie masz już piętnastu lat, musisz uważać co robisz.
Nie użył wieku piętnastu lat przypadkowo. Mając czternaście lat straciłam moich rodziców. Byli ofiarami napadu. Na jakiś czas mieszkałam w rodzinach zastępczych i łagodnie mówiąc nie byłam odpowiedzialnym dzieckiem. Byłam wręcz rozwydrzonym bachorem, który wiecznie pakował się w kłopoty. Bójki, rozboje...napady... . Byłam jakoś kilka miesięcy przed szesnastymi urodzinami, gdy przypadkiem natrafiłam na jakichś agentów. Wtedy nie wiedziałam, że to agenci i buchnęłam jednemu portfel. Gdy się zorientowali zaczęli mnie gonić. Dogonili mnie. Sama nie wiem jak, jednego z nich obezwładniłam, a drugiego lekko poturbowałam. Krótko po tym wydarzeniu do domu rodziny, w której aktualnie się znajdowałam zjechało się kilku tajniaków, w tym Robert i zabrali mnie ze sobą na szkolenie. Nikt po nie raczej nie płakał. Podczas szkolenia trzymano mnie na krótkiej smyczy, już nie pakowałam się w kłopoty i nauczyłam się używać swojej złości w dobrym celu. No i zostałam jedną z najmłodszych agentek FBI na świecie.
-Tak, wiem, że nie mam piętnastu lat. Mam już dziewiętnaście lat i zdaję sobię sprawę z mojego błędu. Nie powinnam była łamać mu ręki.-przyznałam, choć niechętnie.
-Cieszę się, że chociaż rozumiesz. Mam rozumieć, że nie zrobisz już nic żadnemu swojemu podopiecznemu?
Podopiecznymi Robert nazywał agentów szkolących się. Moim zdaniem nie powinnam mieć nigdy żadnego podopiecznego, naprawdę. Green nie był jedynym przypadkiem,któremu zrobiłam krzywdę. Była jeszcze Jedynka, Szesnastka, Ósemka, Dwunastka i Trójka. Znaczy mieli jakieś tam nazwisko, ale zapamiętywanie czegoś, co mi się nie przyda nigdy w życiu jest raczej zbędne, dlatego nazywałam ich jakimiś liczbami. Green odpadł tak szybko, że nawet nie zdążyłam nadać mu numerka.
-Dostaniesz nowego podopiecznego. Ale wiedz, że jeśli zrobisz mu krzywdę, już więcej ich nie będzie. - ton jego głosu stał się lekko surowy. Tak naprawdę nie chcę go zawieść, w końcu to dzięki niemu jestem tu, a nie gdzieś indziej.
-Nie zawiodę cię. - powiedziałam z powagą. Robert uśmiechnął się:
-Wiem. Chłopak czeka na ciebie przy twoim biurku. To może być dla ciebie nowość, bo jest w twoim wieku. Mam nadzieję, że się dogadacie. - po tych zdaniach kiwnęłam delikatnie głową i wyszłam bez słowa.
Właściwie to faktycznie to dla mnie nowość. Wszyscy moi podopieczni byli zawsze ode mnie starsi o conajmniej cztery lata. Chłopak musi być dobry, skoro dostał się na staż do FBI w tak młodym wieku. W moim wieku...
   Idąc wolnym krokiem w stronę swojego biurka zauważyłam, że ktoś przy nim stoi.
-To pewnie on - pomyślałam.
Chłopak stał do mnie bokiem. Był ubrany nienagannie(czyt.sztywno), miał na sobie czarną marynarkę, białą koszulę i czarne delikatnie zwężające się ku dołowi jeansy.
-Dobrze, że nie ubrał spodni od garnituru. - pomyślałam z lekkim rozbawieniem.
Właściwie wygląda dobrze. Pamiętam, jak pierwszego dnia Trójka ubrała się jak na pogrzeb. To jeszcze mogłam znieść, ale gdy wyjął z kieszeni czarne gladiatorki i dumnym krokiem przemierzał dystans od mojego biurka do expresu do kawy nie wytrzymałam i z premedytacją wylałam na niego kawę którą mi przyniósł. Byle tylko się przebrał!
   Chłopak był wysoki i szczupły, a jego ciemne włosy nabrały lekkich odcieni rudości na skutek promieni słońca. Wyglądał sympatycznie.
-Cześć, jestem Monika - powiedziałam siląc się na miły wyraż twarzy. Widać, że był zdziwiony moją postawą, pewnie słyszał co stało się z jego poprzednikami.
Podał mi dłoń i się przedstawił:
-Cześć, jestem Jaś... to znaczy Jan. Jan Dąbrowski.

4 komentarze:

Chętnie poznam Twoją opinię :)